– Rząd powinien wyjaśnić, które są autentyczne, a które są jakoś oszustwem – powiedział o wyciekających podobno ze skrzynki szefa Kancelarii Premiera Michała Dworczyka mailach. Dotychczas rząd nie odnosił się do treści pojawiającej się w sieci korespondencji, tłumacząc, że nie będzie brać udziału w akcji dezinformacyjnej prowadzonej z Rosji. Pomysł posła Terleckiego idzie w zupełnie innym kierunku.

Można go traktować jako element rozgrywki wewnątrz partii. Nie jest tajemnicą, że część twardego PiS-u chętnie pozbyłaby się z rządu Dworczyka, by w ten sposób osłabić Mateusza Morawieckiego, który zdaniem niektórych zbyt mocno wyrósł, zostając w lecie wiceprezesem partii.

Czytaj więcej

Nieprzypadkowy jest czas, kiedy Terlecki pomysł zgłosił – tuż po tym, gdy hakerzy ujawnili wiadomość dla obozu rządzącego niezwykle niewygodną. W mailu, który pojawił się we środę, a który miał być wysłany przez Dworczyka, autor informuje premiera o rozmowach, jakie prowadzi z Kancelarią Prezydenta i prezes Trybunału Konstytucyjnego w sprawie obsady Sądu Najwyższego. Jeśli ten mail byłby autentyczny, mielibyśmy w dyskusji o praworządności w Polsce kopernikański przewrót. Dotąd istniały bowiem podejrzenia, że celem zmian w sądownictwie jest poddanie tej sfery politycznym wpływom. Teraz jednak pojawiłby się twardy dowód. Sytuacja, w której prezes TK, nazywana przez szefa partii rządzącej „odkryciem towarzyskim", konsultowałby z rządem personalia w Sądzie Najwyższym, byłaby symboliczną kompromitacją pisowskiej „reformy" sądownictwa. Szczególnie w chwili, gdy PiS chce przekonać opinię publiczną, że wcale nie idzie o upolitycznienie sądownictwa, ale że spór z Brukselą o praworządność to obrona suwerenności.

Jeśli więc okazałoby się, że ten mail jest prawdziwy, PiS otrzymało by potężny cios, a Bruksela ważny argument w sporze z Polską o zmiany w sądownictwie. Tym bardziej warto więc docenić, że z pomysłem zweryfikowania prawdziwości korespondencji, którą poznaliśmy, wyszedł marszałek Terlecki.