logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo logo
star Bookmark: Tag Tag Tag Tag Tag
Poland

Wojna z Rosją nad Wisłą. NATO rozpoczyna wielkie manewry

Nazwa ćwiczenia („Defender Europe”) jest pełna patosu, a jego skala olbrzymia. Ale nie łudźmy się: jedna dywizja z USA znacząco nie zmieni sytuacji w razie ewentualnej wojny z Rosją. Nie zażegna też kryzysu zaufania w NATO.

„Defender Europe” będzie największym od ćwierćwiecza ćwiczeniem wojskowym USA w Europie. Operacja, rozłożona na pięć miesięcy, kulminację będzie mieć w kwietniu i maju 2020 r. Z portów zachodniej Europy przetoczą się na wschód amerykańskie jednostki, które przy wsparciu sojuszników zrealizują całą paletę manewrów oddających to, co działoby się w przypadku realnej wojny z Rosją.

Scenariusz nie zostawia wątpliwości, o co tu chodzi: kraje NATO zostają zaatakowane przez równorzędnego Stanom przeciwnika i uruchamiają art. 5 traktatu waszyngtońskiego – mechanizm kolektywnej obrony. Z USA wyruszają jednostki przypisane obronie Europy, a sojusznicy mają im pomóc jak najszybciej dostać się w pobliże teatru działań, czyli na wschodnią flankę. Określenie „flanka” w tym przypadku jest mylące, bo wschodnia granica sojuszu staje się frontem walki z Rosją. Wyjątkowo długim, skomplikowanie ukształtowanym i wielowymiarowym.

Czytaj też: Podwodne podchody Rosji i NATO. Polska mówi pas

Scenariusz z zimnej wojny

Zamysł ćwiczenia przypomina zimnowojenny cykl „ReForGer” (Return of Forces to Germany). Niemcy Zachodnie były wtedy krajem frontowym, a na ich terytorium stacjonowało ok 300 tys. wojsk USA. Ale w starciu z pancerną nawałą Układu Warszawskiego mogło się to okazać niewystarczające. W USA stał korpus pancerny gotowy do przerzutu do Europy, a sprawność tej operacji testowano nawet dwa razy w roku. Skala była olbrzymia – w pierwszym ćwiczeniu „ReForGer” wzięło udział 17 tys. żołnierzy, a w największym w 1988 r. – aż 125 tys.

Mniejszy „Defender” wcale nie będzie odbiegać od zimnowojennej skali. Z 20 tys. żołnierzy z USA byłby to trzeci największy „ReForGer”. Z tym że wtedy było pod wieloma względami łatwiej. Wojskowa granica dwóch układów politycznych była krótsza i lepiej chroniona. Stało na niej dziewięć sojuszniczych korpusów od Danii po Austrię: duńsko-niemiecki, holenderski, tzw. pierwszy niemiecki, brytyjski, belgijski, drugi niemiecki, dwa amerykańskie i kolejny niemiecki. Na zapleczu były siły drugiego rzutu w Holandii, Belgii, Francji i w wielkich portach odległych od kilkudziesięciu do 500 km.

Oczywiście wojna, do której ostatecznie nie doszło, wszystkie kalkulacje odległości mogłaby unieważnić przez nuklearne bombardowania, ale dopóki bomby nie spadały, odległość miała znaczenie. I teraz będzie mieć dla „Defendera”, bo linia frontu przesunęła się tysiąc kilometrów na wschód. A jeśli NATO i USA mają utrzymać wiarygodność, żołnierze muszą być w stanie dotrzeć do najbardziej na wschód wysuniętego skrawka, żeby go bronić i odbić.

Czytaj też: Uzależnieni od Lockheed Martin

Ćwiczenia z praktyki i etosu

Dlatego w „Defenderze” mniej chodzi o liczbę oddziałów bojowych wysyłanych na pierwszą linię. Bardziej o to, by sprawdzić, jak szybko i sprawnie da się to zrobić. I o przypomnienie mechanizmów współdziałania niećwiczonych przez ponad dwie dekady (ostatni „ReForGer” odbył się w 1993 r.). W wojsku wyrosło całe pokolenie dowódców, którzy nie pamiętają, jak się to robi. Co więcej, w służbie jest pokolenie żołnierzy, którzy lepiej znają piaski bliskowschodnich pustyń niż europejskie lasy.

Z kolei Amerykanie wyruszą na odsiecz do Europy z baz na wschodnim i zachodnim wybrzeżu oraz z wewnątrz kraju. Zmobilizują jednostki pięciu dywizji i trzech korpusów, formacje regularnej armii i rezerwowe, a jedną z kluczowych ról powierzą pancernemu batalionowi Gwardii Narodowej. Wszystko po to, by przypomnieć, że w razie potrzeby Amerykanie znowu pojadą się bić do Europy. Zmiany demograficzne sprawiają, że taki komunikat – jaki padnie na tradycyjnych spotkaniach z rodzinami w bazach wojskowych – może być dla wielu młodych Amerykanów zaskoczeniem, bo o Polsce może już słyszeli, ale o Łotwie pewnie nie.

Transporty sprzętu wyruszą z czterech portów w USA, dotrą do trzech w Europie. Operacje przerzutu US Army ćwiczy od kilku lat, a na poważnie, odkąd w 2017 r. do Polski i Niemiec trafiły pododdziały brygady pancernej i brygady śmigłowcowej wojsk lądowych. Wielkie statki „ro-ro” cumowały przy nabrzeżach w Bremerhaven, Hamburgu, Antwerpii, Rotterdamie, a amerykańscy logistycy przy wsparciu krajów gospodarzy metr po metrze rozpoznawali i przygotowywali teren, drogi dojazdowe, linie kolejowe i bocznice. A nawet rzeki i kanały, bo czołgi płynęły na ćwiczenia barkami. Wykonali potężną pracę, której kulminacją ma być wielki test na ćwiczeniach „Defender”.

Ale wsparcie sojuszników nie polega tylko na ułatwieniu przejazdu. Kluczową rolę mają do odegrania rozmieszczone w Europie stałe składy sprzętu i uzbrojenia, tzw. APS-y. To z nich w ciągu 96 godzin musi wyjechać ponad 480 czołgów i wozów bojowych, 2 tys. samochodów i ciężarówek. Samo wojsko z USA wyląduje na 10 europejskich lotniskach.

Były dowódca wojsk USA w Europie: Rosja jest groźna, a Niemcy kluczowe

Plan ćwiczebnej bitwy

Kiedy młodzi Amerykanie po raz pierwszy od ponad dwóch dekad usłyszą hasło mobilizacji w obronie Europy, pewnie zapytają ojców i dziadków, którzy mieli okazję służyć w Niemczech, jak tam jest. Wspomnienia weteranów zimnej wojny będą tylko częściowo aktualne.

Wzmocniona dywizja USA trafi na ćwiczenia do krajów, gdzie Amerykanie stacjonują od niedawna – do Polski, Estonii, na Litwę i Łotwę. To między poligonami Niemiec i zachodniej Polski a natowskim półwyspem oddzielonym od reszty terytorium sojuszu przesmykiem suwalskim rozegra się główna bojowa część „Defendera”. Największa „bitwa” z udziałem trzech brygad bojowych i brygady saperów zostanie rozegrana na poligonie w Drawsku Pomorskim. Również nasza Wisła będzie służyć jako pomoc praktyczna do ćwiczenia forsowania przeszkody wodnej. Wreszcie to z Polski na Litwę przejdą kolumny wojskowe, ubezpieczane z obu stron przesmyku suwalskiego przez naszych żołnierzy. Kluczowe pozycje po północnej stronie zajmą spadochroniarze z 6. Brygady Desantowo-Szturmowej. Amerykańscy wylądują na Łotwie, przyczółki w Estonii uchwycą zaś żołnierze piechoty morskiej. Szykuje się pokaz siły i szybkości działania z udziałem wojsk USA, ale też 17 innych sojuszników i partnerów.

Przygotowania już trwają. Na internetowych stronach z ogłoszeniami o zamówieniach publicznych widać przetargi na stawianie namiotów mieszkalnych, latryn, pryszniców i pralni wszędzie tam, gdzie mają się pojawić amerykańscy żołnierze. Na drawskim poligonie trzeba będzie zapewnić zakwaterowanie dla 6 tys. żołnierzy USA, kolejnych 1,2 tys. ma trafić do Szczecina, 1,5 do Gdyni (teren lotniska Babie Doły) i 1,5 do bazy śmigłowców w Pruszczu Gdańskim. Największe obłożenie baz spodziewane jest od kwietnia do czerwca, może chodzić o 10 tys. żołnierzy USA. Tylu jeszcze w Polsce nie widzieliśmy.

Czytaj też: Nasze drogie F-35. Ile i za co zapłacimy Amerykanom

Czy NATO jeszcze żyje?

NATO działa, Amerykanie stoją murem za Europą, jesteśmy bezpieczni i nikt nam nie zagrozi – taki będzie przekaz półrocza, bo manewry zaczną się od przygotowań logistycznych zimą, a skończą na fazie bojowej późną wiosną 2020 r. Politycy już zadbają, byśmy nabrali przekonania, że wszystko jest w porządku i moc jest z nami. Obserwując pokaz siły, powinniśmy jednak mieć świadomość, że w wielkim ćwiczeniu „Defender Europe” chodzi o przerzut z USA sił nieco większych od jednej dywizji. Amerykanie mogą w czasie kryzysu i wojny wysłać do Europy cały korpus (trzy dywizje) – i zresztą po to właśnie będą ćwiczyć – ale nie mają już na stałe dwóch innych, jak za czasów zimnej wojny. „Defender Europe” będzie więc deklaracją wsparcia, ale i przypomnieniem, że wsparcie ma swoje granice, a Europa musi robić więcej dla własnej obrony, o ile poważnie traktuje zagrożenie i o ile poważnie traktuje NATO.

Z tym drugim, zdaje się, jest większy problem. Francuski prezydent Emmanuel Macron właśnie ocenił, że sojusz jest w stanie śmierci mózgowej i winę za to ponoszą USA Donalda Trumpa. Jego wywiad dla „The Economist” będzie tematem przez wiele tygodni – zepsuje i tak nie najlepszy klimat przed grudniowym szczytem NATO w Londynie. Macron ma wiele za złe Trumpowi – odwrócenie się od Kurdów, jednostronne decyzje, brak konsultacji z sojusznikami na strategicznym szczeblu. Ale już po pierwszych reakcjach na jego słowa widać, że tak mocne uderzenie w NATO i USA będzie go słono kosztować. Zwłaszcza że jako receptę proponuje europejską niezależność, w którą trudniej dziś uwierzyć niż w „śmierć mózgową sojuszu”.

Tak czy owak – podział na „tych, co z USA”, i „tych, co z Europą”, się pogłębi, a 70. rocznica NATO, której obchody przesunięto z kwietnia na grudzień w nadziei, że będzie lepszy klimat, upłynie pod znakiem głębokiego kryzysu zaufania, którego nie uciszy huk czołgów na przyszłorocznych ćwiczeniach. Obrońcom Europy będzie trudniej.

Czytaj też: Wyścig zbrojeń ruszył z kopyta

Themes
ICO